wtorek, 31 grudnia 2024


 







Ben Aitken

ANGLIK W POZNANIU. MÓJ NIEPRAWDOPODOBNY ROK W POLSCE

Ben Aitken z Portsmouth - Brytyjczyk niespokojnego ducha postanawia w marcu 2016 wsiąść do samolotu byle jakiego i ruszyć przed siebie. Do Polski, a konkretnie do Poznania, bo to miejsce nic mu nie mówi, z niczym się nie kojarzy. Trochę jak survivalowiec postanawia przeżyć rok w obcym mieście, próbując wyżyć pracując za najniższą stawkę krajową. Pragnie uczyć się trudnego języka polskiego, chce poznać zwyczaje i miejscową kulturę. Nurtuje go pytanie dlaczego tak wielu Polaków, którzy uważają siebie za największych patriotów w Europie tak chętnie wyjeżdża do pracy w Wielkiej Brytanii?

Książka wydawać by się mogła być ciekawą lekturą z cyklu, jak widzą nas obcokrajowcy? Co ich zadziwia, co fascynuje? Jednak przegadany styl pisarski Aitkena jest zwyczajnie nużący, a jego poczucie humoru bawi chyba tylko jego samego. Z jego opowieści niestety dla czytelnika niewiele wynika. Choć Ben jest ciekawską osobą i nie boi się różnych wyzwań (potrafi na chybił-trafił wejść do obcego domu na wigilijną wieczerzę), tak naprawdę ma niewiele interesujących rzeczy do przekazania. Ot, wyliczanka kolejnych wieczorów w pubie: z kim to on nie rozmawiał, kogo to nie zaczepił i ile razy obudzi się na kacu. Ciekawiej robi się nieco, gdy postanawia wyruszyć w Polskę i poznać kraj od morza po góry. Powiew przygody.

Znamienna jest scena opisująca jego wieczór autorski w jednym z poznańskich klubów. Choć Ben silił się na żart sytuacyjny zebrani słuchacze nie reagowali ani śmiechem, ani oklaskami. Taka właśnie jest cała ta opowieść o ciekawskim Angliku, co to nie bał się zmierzyć z polską wódką weselną i stosem tłustych golonek.

piątek, 27 grudnia 2024


 






Krzysztof Pyzia

WYSZŁO JAK ZWYKLE... ROZBRAJAJĄCA HISTORIA POLSKI

Sięgając po tę książkę miałem spore nadzieje na pasjonującą przygodę czytelniczą... Tymczasem można by rzec, że... wyszło jak zwykle. Lekkie rozczarowanie.

Sam pomysł dziennikarski na ,,rozbrajającą historię Polski" wydawać by się mógł niezwykle pociągający i przykuwający uwagę każdego, kto historią choć trochę się interesuje. Zawsze uważałem, że o naszych dziejach narodowych nie koniecznie trzeba się uczyć z podręczników szkolnych i to z nabożną czcią stawiając na piedestale pomnikowe wręcz postacie naszych władców. O wiele ciekawiej przedstawiają się fakty historyczne, gdy patrzymy na tych bohaterów jak na zwykłych ludzi z ich słabościami, wadami, śmiesznostkami. Taka lekcja historii pół żartem, pół serio odczarowuje pomnikowe hołdy. Wydaje mi się, że taki oto cel przyświecał autorowi. Historia na wesoło. Można jednak przedobrzyć...

Zupełnie nie przypadł mi do gustu styl autorskiej narracji. Być może poziom żartów miał być adresowany do czytelników w wieku szkolno-licealnym? Niektóre przedstawione historie rzeczywiście były interesujące i warte wydobycia na światło dzienne, ale pewnych błędów faktograficznych przełknąć nie mogę. Powstanie styczniowe rozegrało się już po śmierci Adama Mickiewicza, a nie za jego żywota (s. 231). Do trzech narodowych wieszczy zaliczamy z pewnością Mickiewicza, Słowackiego, ale o jakimś "Kraińskim" (s. 229) w życiu nie słyszałem. Można się też przyczepić do licznych błędów pozostawionych przez niestaranną korektę (powtórzenia wyrazów, niespójne zdania, błędy językowe).

Trudno, książka wydana i poszła w świat. Zatem zgodnie z przekonaniem autora wypada nam jedynie zaśpiewać na koniec: ,,Nic się nie stało, Bellona, nic się nie stało"!

poniedziałek, 9 grudnia 2024

 











Norman Lewis

GŁOSY STAREGO MORZA. 

W POSZUKIWANIU UTRACONEJ HISZPANII


Są wyjątkowe książki, które potrafią czarować swoją opowieścią. Norman Lewis zaczarował mnie nostalgiczną historią o starej, utraconej w zapomnieniu Hiszpanii.

Dziś słowa ,,Costa Brava" korzą się jednoznacznie z plażą, hotelami pod palmami i tłumem turystów. Nie zawsze jednak tak było. Do wczesnych lat 50-tych XX wieku hiszpańskie wybrzeże było domem dla biedujących rybaków i ich rodzin utrzymujących się z tego, co ofiarowywało im morze. Angielski reporter Norman Lewis trafił do takiego miejsca w ważnym i przełomowym momencie. Stara tradycja rybacka, historia ludzi związanych z morzem zaczyna być wypierana i niszczona przez dynamicznie rozwijającą się turystykę.

Dwie wioski - rybacka Farol i rolnicza Sort mieszczą się na końcu hiszpańskiego świata. Nie ma do nich nawet porządnej drogi. Ich mieszkańcy nigdzie specjalnie nie wyjeżdżają, bo po co? Nie wiele też osób tam dociera. Udało się to Lewisowi, który zakochał się w tym miejscu i trzykrotnie wracał w sezonie letnim by pomagać przy połowie ryb.

Czytając ,,Głosy starego morza" można się dać ponieść wspaniale prowadzonej fabule na tyle, że zatraca się poczucie realności. Opisywane historie brzmią czasami jak bajka: trup syreny zdobiący jedyny bar w Farol, Babcia rządząca całą wioską, kucharka Carmela z żółtego domku ukrywająca przed światem swoją niepełnosprawną umysłowo córkę, Curandero - wędrowny szaman wskazujący gdzie i kiedy należy rozpocząć łowienie sardynek, Don Ignacio - ksiądz, który zamiast odprawiać msze wolał wymykać się na wykopaliska antycznych artefaktów, karłowaty konował zwany Doktorem Uwodzicielem, będąca na etacie wioskowej kochanicy Maria Cabritas przepędzająca kozy parasolką...

Reportaż Lewisa ratuje od zapomnienia świat, który już zniknął, który nie miał szans na przetrwanie. Zniknęła jego wyjątkowość, czar i magia miejsca. Dlatego tę książkę tak dobrze się czyta. Dlatego, tak jak za nostalgicznym wspomnieniem, również i za tą opowieścią po prostu się tęskni.

poniedziałek, 25 listopada 2024









Olga Gitkiewicz

NIE ZDĄŻĘ

Zdjęcie pustego przystanku z okładki samo w sobie mówi więcej niż tysiąc słów recenzji. Kilka milionów Polaków codziennie mierzy się w naszym kraju z tak zwanym wykluczeniem komunikacyjnym. Tysiące wiosek, ba nawet mniejszych miasteczek nie ma regularnych połączeń komunikacyjnych: ani kolejowych, ani autobusowych. Autorka reportażu - Olga Gitkiewicz próbuje dotrzeć do owego ,,jądra ciemności" i stara się odpowiedzieć na pytanie - dlaczego?


Dlaczego przed rokiem 1989 sieć kolejowa w Polsce liczyła ponad dwadzieścia sześć tysięcy kilometrów torów, a dziś zaledwie osiemnaście tysięcy? Dlaczego upadł system połączeń PKS-u? I w końcu dlaczego bardziej opłaca się nam jeździć samochodem niż pociągiem?

Szczerze, to najbardziej w reportażu intrygowały mnie historie ludzi, którzy muszą się mierzyć z trudnościami związanymi z codziennym dojazdem do pracy, do szkoły, do lekarza. To o nich jest tytuł ,,Nie zdążę". Końcowe rozdziały o katastrofie państwa ,,Pekap" były już nużącą lekturą.

Książka nie napawa zbytnim optymizmem. Ale czy rzeczywiście jest aż tak źle? Reportaż prezentuje stan rzeczy na rok 2019, a od tego czasu, dzięki unijnym funduszom trochę jakby się zmieniło. Chyba na lepsze. Wciąż są i działają ludzie, pasjonaci, uparci maniacy którzy próbują ten stan rzeczy naprawiać. Ale to już zapewne temat na inny reportaż.

niedziela, 17 listopada 2024


 







Jakub Małecki

RDZA

Jakub Małecki zabiera nas w długą podróż po nieoczywistych życiorysach zwyczajnych zdawać by się mogło ludzi, którzy za swoje miejsce na ziemi obrali małą wioskę Chojny koło Kłodawy. ,,Rdza" bowiem to nie tylko historia osieroconego Szymka i jego babci Tośki. To także osobiste historie i tragedie Budzika i jego ojca Andrzeja, którzy zmagali się z rozrastającą się topolą, Sabiny co listy do Józka z Kłody pisała, Michała, który świat chciał słuchać przez stetoskop, Julki Dusznej porzuconej w dniu ślubu przez rudego Rocha oraz Elizy co studia w Kijowie rzuciła i zamiast za Gracjana Knopa zwanego Hołowczycem wyszła za mąż za Telesfora Brzyziaka.

Jak to w życiu, losy bohaterów splatają się ze sobą, przenikają, wpływają jedne na drugich. Małecki ma dar prowadzenia ciekawej, intrygującej narracji. Czujemy podskórnie, że za każdą historią, za każdym niedopowiedzeniem, urwanym zdaniem jest jakiś głębszy sens.

Jak rdzą pokrywa się żelazo, tak bohaterowie powieści obrastają kolejnymi warstwami upływającego czasu, który niepowstrzymanie kruszy ich i pozostawia nieodwracalne ślady. Trochę to smutny obraz wywołujący wrażenie, że żaden z opisanych bohaterów nigdy nie był szczęśliwy.

Tak na marginesie. Mój zachwyt ,,Rdzą" wynika może też i po części z faktu, że główni bohaterowie noszą to samo nazwisko co moje. To trochę tak, jakbym czytał własną sagę rodzinną.

czwartek, 7 listopada 2024


 







Miguel Angel Montero

CZŁOWIEK KTÓRY BAŁ SIĘ ŻYĆ

Zawsze uważałem, że problemy należy wychodzić. Piesza wędrówka, jako sposób na przewartościowanie swoich dotychczasowych poglądów na życie był i jest chwytliwym lejtmotywem zarówno w literaturze, jak i w filmie. Książka ,,Człowiek który bał się żyć" trafiła do moich rąk akurat w takim momencie, w którym jej bardzo potrzebowałem.

Przechodzimy różne kryzysy życiowe. Nieraz potrafimy z nimi walczyć, czasem się opieramy, a niekiedy, niestety poddajemy się i popadamy w rezygnację. Czterdziestojednoletni Marcos bohater książki wydaje się, że wybrał tą trzecią opcję. Przed całkowitym upadkiem ratuje go tajemniczy Samin, który proponuje mu siedmiodniową pieszą wyprawę na Camino, czyli pielgrzymkową drogę świętego Jakuba do Santiago de Compostela. Wędrówka ma przede wszystkim oczyścić jego umysł, otworzyć na wartości uniwersalne jak piękno, miłość, przyjaźń. To siedem dni, które zmieni całe jego życie.

Mini powieść, czy też bardziej przypowieść Miguela Angelo Montero nie była dla mnie lekarstwem, nie chwyciła jakoś mocno za serce, nie zaczarowała. Ot, zbiór mądrościach porad jak żyć, żeby chciało się żyć. Warto jednak doczytać książkę do ostatnich słów, żeby zrozumieć jej całościowe przesłanie. Dopiero pod koniec czytania poczułem to podskórne mrowienie, że jednak ta opowieść miała jakiś przekaz też i do mnie.

Jednak moje Camino wciąż na mnie czeka.

niedziela, 3 listopada 2024









Paula Barbato

NA ZŁEJ DRODZE

Noc 14 marca. Autostrada A1 z Mediolanu do Orte pod Rzymem. Dla Giosciua to kolejne, rutynowe zlecenie kurierskie. Przewieźć paczkę, o nic nie pytać, jechać ostrożnie nie rzucać się w oczy policji drogowej. Tylko tyle i aż tyle... Wszystko potoczyłoby się jak zwykle, gdyby nie to, że paczka zaczęła przeciekać. Przeciekała krwią, a Giosciua postanowił sprawdzić jej zawartość...

Tak. Tak powinien zaczynać się dobry thriller, powieść sensacyjna, rasowy kryminał. Wie o tym autorka Paola Barbato, czyli jak głosi napis na okładce ,,włoska mistrzyni thrillera". Czy jednak intrygujący początek może mieć dalszą fascynującą fabułę? Oj, tu bym nie był taki pewien...

Tak jak nużąca może być nocna jazda autostradą, tak wydaje mi się, że znużyła mnie ta cała historia. Owszem, są zawrotki na autostradzie i zwroty akcji, fiat doblo przyśpiesza i akcja też nabiera tempa. Pojawiają się kolejne trupy i narasta napięcie. Kończy się noc i czas się kurczy. Ale...

Ale ile można się rozwodzić na temat sposobu przepakowania paczki do nowego pudełka? Ile stron można poświęcić na opis desperackiego przebiegania po pasach autostrady? Po co tracić czas na opis genealogii rodziny Giosciui (nie wiem, jaka jest poprawna odmiana tego imienia)?



Plusy, minusy jakby się równoważą. "Na złej drodze" nie jest błyskotliwym, pasjonującym thrillerem, ale też nie jest na tyle zły, żeby go nie polecać.