Maryla Szymiczykowa
ŚMIERĆ NA WENECJI
Moda na retro kryminały wciąż ma się dobrze i chyba każde większe miasto w Polsce doczekało się już swojej wersji kryminalnych zagadek z historycznym zarysem w tle. Dlatego do ,,Śmierci na Wenecji" podszedłem z dużym dystansem nie spodziewając się zbytnio literackich fajerwerków i nowatorskich odkryć. Było to też moje pierwsze spotkanie z krakowską wersją Jane Marple, czyli z profesorową Zofią Szczupaczyńską.Duet pisarski Dehnel-Tarczyński kryjący się pod autorskim pseudonimem Maryla Szymiczykowa z oceną dobry plus wykonał postawione przed sobą zadanie historycznej kwarendy dotyczącej Krakowa roku 1903. Pod tym kątem powieść wydaje się być nawet ciekawa. Opis tym, czym żyli mieszkańcy grodu Kraka w chwili wielkiej powodzi przynosi interesujące odkrycia. Mamy spojrzenie elity intelektualnej w postaci profesorstwa Szczupaczyńskich, ale i też obserwacje społeczne służącej Franciszki Gawędy.
Intryga kryminalna to jednak druga, słabsza odsłona powieści. Tu już raczej nie ma nic odkrywczego i fascynującego. Pomysł na śmierć w wannie w czasie powodzi ani śmieszy, ani intryguje. Zofia Szczupaczyńska jako samozwańczy detektyw - amator jakoś mojej sympatii nie budzi i jest mało wiarygodną bohaterką. Policja krakowska to oczywiście nierozgarnięte półgłówki do pięt nawet nie sięgający rezolutnej pani profesorowej.
Lektura ,,Śmierci na Wenecji" choć zaczyna się wartkim nurtem podtapiającej Kraków Rudawki z czasem opada, emocjonalnie wysycha i odkrywa dno, na którym nie ma niczego sensacyjnego. Ot, historia jakich wiele.
