wtorek, 11 maja 2021

 


Kristen Roupenian

KOCIARZ

Dałem się zwieść recenzjom z ,,The New Yorkera" i sięgnąłem po opowiadania Kristen Roupenin, które rzekomo miały być ,,fascynujące, przenikliwe, zachwycające". Zagłębiając się jednak w ich treść czułem się jak nieproszony gość, który wtargnął omyłkowo na imprezę dla kompletnie obcego mu towarzystwa.  Nie potrafiłem wejść w świat amerykańskich kobiet rozdartych dylematami związanymi z dojrzewaniem, seksualnością, pożądaniem i sposobami jego zaspokajania. Wmawianie czytelnikowi, że to próba opowieści o samotności, zagubieniu i poczuciu winy w erze Instagrama, Tindera i #MeToo jest jedynie marketingowym zabiegiem promocyjnym.  Owszem, trudno odmówić autorce talentu  i sprawnego warsztatu pisarskiego. Opowiadania czyta się szybko, a historie intrygują i z pewnością dają do myślenia. Niestety, mnie nie zachwyciły, ani nie pociągnęły w żaden sposób.

Myślę, że ten zbiór opowiadań spodobałby się wielbicielom (wielbicielkom) serialu ,,Seks w wielkim mieście". Ja do tego grona nie należę.

piątek, 7 maja 2021

 

Kevin Barry

NOCNY PROM DO TANGERU

Nie przekonują mnie żadne nagrody autora, ani prestiżowe nominacje dla tej książki. Ta powieść to sięgnięcie dna. Dosłownie. Pogrążona w mętnej narracji opowieść o dwóch zdegenerowanych, podstarzałych Irlandczykach siedzących w beznadziejnym oczekiwaniu na kolejny prom w hiszpańskim porcie Algeciras. W oczekiwaniu na co, na kogo? Na Dilly, córkę jednego z nich (nawet nie wiadomo którego)? Czy może bardziej na rozrachunek z beznadziejnego życia, a może na jakieś rozgrzeszenie? 

Co tak naprawdę serwuje nam autor Kevin Barry w ,,Nocnym promie do Tangeru"? Festiwal bluzgów, hiper kombinacji wulgaryzmów zmiksowanych z religijnymi wezwaniami, opis masturbacyjnych ekscesów na przemian z narkotycznym pędem zaspokajania popędu płciowego z kimkolwiek popadnie. Opis ,,radosnego" życia heroinowych  szmuglerów. 

Jednak w całej tej powieściowej kloace jest jakiś drobny przebłysk normalnego, ludzkiego żalu, smutku i tęsknoty za byciem kochanym. Żal za prawdziwą, utraconą miłością. Dlatego dwaj podstarzali Irlandczycy dadzą spokojnie przejść Dilly na prom,  nie zatrzymując jej. To może być szansa dla tej młodej dziewczyny na inne, lepsze życie. I jedyna szansa dla tej książki.








Victor Del Arbol

WYBRZEŻE ŚMIERCI

To mocna opowieść o bólu i stracie. Czy można znaleźć ukojenie po stracie kogoś bliskiego w zemście, a może w zapomnieniu? Każdy w tej książce kogoś lub coś stracił. Powolne odkrywanie prawdy, a w zasadzie kolejnych historii poszczególnych bohaterów jest osią fabularną tej powieści. Trzeba dużo cierpliwości i pewnej delikatności w osądach aby móc dać się ponieść narracji Victora Del Arbol w ,,Wybrzeżu śmierci". Początkowo niezwiązane ze sobą sprawy - historia kryminalnego śledztwa hiszpańskiego policjanta Germinala Ibarra i przyjazd tajemniczej Paoli do  Punta Caliente - wioski rybackiej na końcu świata, zaczynają się zazębiać. Wchodzimy w krąg coraz bardziej mrocznych historii i losów bohaterów. To jak schodzenie po kolejnych kręgach piekła. Ale to piekło, które ludzie zgotowali ludziom. 

Mnie najbardziej poruszyła historia Mauricia i opowieść o makabrycznych zbrodniach argentyńskiej dyktatury wojskowej pod koniec lat 70-tych XX wieku. 

,,Wybrzeże śmierci" porusza i dotyka czytelnika tchnieniem bólu swoich bohaterów. Każdy z nich inaczej go przeżywa, inaczej sobie radzi z traumą. Czy w tym wszystkim jest jakaś nadzieja? Czy istnieje zadośćuczynienie, przebaczenie, a może usprawiedliwienie? Autor pozostawia tę kwestię do rozważenia samemu czytelnikowi...

 


Richard Paul Evans

DOTKNĄĆ NIEBA

Można by rzec, że  motyw pieszej wędrówki jako sposób na odreagowanie życiowej traumy jest już i w literaturze i w kinie mocno zgrany. A jednak powieść R. P. Evansa od pierwszych stron wciąga i trudno się od niej oderwać. 

Główny bohater Alan Christoffersen, jak w amerykańskim śnie, zdobył wszystko. Założył własną firmę, dorobił się majątku, a nade wszystko miał przy boku wspaniałą kobietę McKaly, którą kochał od lat młodzieńczych i która została jego żoną. Idylla skończyła się jednak nagle w wyniku wypadku i śmierci McKaly. Alan traci wszystko: miłość swojego życia, firmę i sens dalszej egzystencji. Jedynym ratunkiem jaki sam sobie obmyślił jest przemiana, która może się dokonać w pieszej wędrówce przez całe Stany Zjednoczone. Alan zaczyna pisać dziennik, w którym opisuje co ciekawsze zdarzenia i spotkania na swojej drodze.  Zaczyna też w nim dojrzewać przemiana i swoista pokora wobec własnego losu. 

Książkę czyta się szybko dzięki krótkim rozdziałom i ciekawym, skondensowanym opisom zdarzeń. Nie jest to literatura wysokich lotów, ale fabuła wciąga jak ulubiony serial, kiedy to z utęsknieniem czekamy na kolejny odcinek. ,,Dotknąć nieba" to pierwsza część z pięciotomowej serii opisującej wyprawę Alana. Dlatego też z niecierpliwością sięgam po kolejny tom, a potem pewnie po następne. Wyruszam na czytelniczą wyprawę wzdłuż całych  Stanów Zjednoczonych.


Na rozstaju dróg

Druga część historii o wyprawie Alana  Christoffersena w poprzek całych Stanów Zjednoczonych. W tym tomie główny bohater w wyniku ran odniesionych podczas konfrontacji z młodocianym gangiem zmuszony jest na kilka miesięcy zarzucić swoją samotną wędrówkę. Trafia do szpitala w mieście Spokane, gdzie poznaje tajemniczą, skrytą w sobie dziewczynę o imieniu Angel. Ta ofiarowuje mu opiekę i przygarnia na czas rekonwalescencji pod swój dach. Wkrótce okazuje się, że Alan odegra bardzo ważną rolę w życiu Angel.

Ciekawie opowiedziana historia o spotkaniach z obcymi ludźmi, których łączy pewne pokrewieństwo duszy. Dzięki Opatrzności, przypadkowi, czy ślepemu losowi (niech każdy nazwie to jak chce) spotkania te mają siłę przemieniającą dotychczasowe życie. Takie wydarzenia są wpisane w ludzkie losy, ale trzeba umieć je dostrzegać, odczytywać i rozumieć. Alan przekonuje się o tym nie tylko podczas poznawania Angel, odkrywaniu na nowo relacji ze swoim ojcem, ale i później gdy rusza na trasę i poznaje nastolatkę - Kailamai oraz historię życia i twórczości Korczaka Ziółkowskiego. 

Warto podążać za historią drogi i życiowej przemiany Alana Christoffersena, bo może tam znajdziemy też trochę prawdy o nas samych.


                           Kręte ścieżki

Trzeci tom ,,Dzienników pisanych w drodze" zaczyna być już trochę nużący. Alan Christoffersen wędruje przez kolejne amerykańskie stany w drodze do Key West. Opisuje co jadł, jak wyglądał kolejny hotel, ewentualnie co ciekawego zobaczył po drodze. Jednak, to co przykuwa czytelniczą uwagę, to są spotkania z ludźmi i ich historiami. W tym tomie dowiemy się o przyczynach dla których Pamela - teściowa Alana porzuciła swoją małoletnią córkę McKaly, dlaczego zdaniem polskiego Żyda Leszka, który przeżył obóz zagłady w Sobiborze musimy przebaczać naszym winowajcom oraz na przykładzie życia Analise poznamy czym jest życie w ,,złotej klatce". 

Dla mnie w tym wszystkim wciąż brakuje odpowiedzi, co takiego daje Alanowi ta uporczywa, piesza wędrówka przed siebie. Poznaje kolejnych ludzi, dla których robi coś dobrego, którym zmienia życie, po czym opuszcza ich, by iść dalej...

Tak skonstruowana fabuła, to zapewne zachęta do sięgnięcia po kolejne dwa tomy.



Miejsce dla dwojga

Czwarta część ,,Dzienników pisanych w drodze" jest chyba najmniej ciekawa. Czyta się ją raczej ,,z rozpędu" niż z zaciekawienia. Alan Chritofferson, przemierzający po śmierci żony na piechotę Stany Zjednoczone, ma już kolejną, przymusową  przerwę w wędrówce.  Tym razem musi poddać się operacji usunięcia guza na mózgu. To dla niego czas powrotu do domu rodzinnego w Pasadenie i odbudowania relacji z ojcem. To też po raz pierwszy od rozpoczęcia wyprawy czas na rozważenie tego, co dalej ma robić. Czy jest w stanie odbudować normalne życie, czy jest jeszcze zdolny kogoś pokochać? 

Kolejny tom poza ciekawostkami krajoznawczymi i opisami menu śniadaniowego nie przynosi interesujących i zaskakujących przygód. Jedyna godna uwagi historia dotyczy sensacyjnego wątku pobytu, noclegu i ucieczki z siedziby sekty wyznawców kosmicznej religii. Z pewnością również komentarze ekscentrycznego doktora Schlozmana, jak przyprawa do rozwodnionej zupy, poprawiają nieco walory tej powieści.


Ścieżki nadziei 

Piąty tom opisujący wędrówkę Alana Christoffersena przez Stany Zjednoczone kończy serię ,,Dzienników pisanych w drodze". Główny bohater ma za sobą pięć tysięcy czterysta kilometrów przebytych na piechotę i sporo refleksji do przemyślenia. Czy droga go odmieniała? Na pewno, ale co z tego wyniknęło trzeba doczytać w epilogu. 

Dla mnie piąty tom to przede wszystkim bardzo sugestywny opis umierania w szpitalu ojca głównego bohatera. Jest on jeszcze bardziej przejmujący niż opis śmierci McKeyle w pierwszym tomie. Cała zresztą historia zebrana w pięciu tomach jest próbą opowieści o tym, jak radzić sobie w sytuacji traumy po stracie najbliższych, ukochanych osób. Wydaje mi się, że Alan poprzez pieszą wędrówkę daje sobie czas na odnalezienie utraconych w jakiś sposób osób. Odnajduje prawdę o swoim ojcu i w ten sposób uświadamia sobie jak bardzo go dotychczas krzywdził przez swoje uprzedzenia i pozorne osądy. Odnajduje prawdę o swojej teściowej Pameli, którą też przekreślił nie znając jej historii życia. W końcu zaczyna dostrzegać co dla niego robiła i kim naprawdę była Falene - współpracownica z jego firmy, którą stracił. Alan odnajduje także prawdziwą, bezinteresowną przyjaźń i odkrywa, że pomimo żałoby jest zdolny wzbudzić w sobie miłość. 

,,Dzienniki pisane w drodze" zaczynałem czytać z dużą nadzieją, która jednak słabła z każdym tomem. Miałem takie wrażenie, że główny bohater z każdym kilometrem przybliżającym go do Key West sam nie bardzo wie, po co tam właściwie idzie. O ile początek drogi obfitował w niezwykłe przygody na trasie, to końcówka jest już tylko wyliczanką mijanych barów i kempingów. Mimo wszystko opowieść wciąga i jak się zacznie ją czytać, trzeba dobrnąć przez pięć tomów do końca.

środa, 7 kwietnia 2021


 






Szymon Słomczyński

MIM


To książka, która ma cechy osobowościowe. Jest jak spotkanie z obcym człowiekiem, który chce nam opowiedzieć swoją zagmatwaną historię. Spotykamy się na pogrzebie cioci Wandy. Z początku mam problem z odróżnieniem kto jest kim w rodzinie Łąckich i jakie relacje łączą poszczególnych jej członków. Daniel, Marek, Basia, Jerzy, Beata, Henryk, Olśniewscy, Irena. Do tego dochodzą retrospekcje: Ola, Paweł, Nadzieja, Marysia Kinczyk. To wszystko przytłacza, trochę zniechęca, ale nieznajomy ciągnie dalej swoją opowieść. Wątki stają się coraz bardziej intrygujące, wciągające. Nieznajomy ma na imię Damian i coraz bardziej uzależnia mnie od swojej opowieści. W końcu nie mogę już oderwać się od jego historii, łapczywie żądając dalszego odkrywania kolejnych kart z rodzinnych sekretów. Dlaczego to wszystko jest tak skomplikowane, aż niewiarygodnie pogmatwane? Ale wierzę Damianowi, bo choć nie budzi on mojej sympatii, a wręcz irytuje, to jednak jest postacią z krwi i kości osadzoną w naszej polskiej współczesności. 
Taka jest siła tej książki, niezwykłej, bo opowiedzianej w pewnym słowotoku, natręctwie myśli, z postrzępionymi wątkami, przetykana listami i e-mailami. Niecodzienna historia rodzinna. Tragiczna w swoim wymiarze, ale przez to bardzo realistyczna. Dająca do myślenia nad konsekwencjami swoich czynów, błędów i grzechów.







Marketa Bańkova

DROBIAZG. MIŁOŚĆ W CZASACH GENETYKI


Miłość po czesku, czyli i ,,śmieszno i straszno". Genetyczna odyseja po ludzkich historiach. 

Marketa Bańkova stawia przed czytelnikiem intrygującą hipotezę: co jeśli prawdziwa miłość nie jest uczuciem, a jedynie walką genów o przetrwanie i przetransponowanie się do młodszego nosiciela? 

W książce poznajemy historię młodego studenta genetyki Tomaśa mieszkającego w praskim akademiku, który szukając swoich biologicznych korzeni spotyka się z profesorem Koreśem - geniuszem, patologiem, neurologiem, po części malarzem amatorem, fotografem, a także cudotwórcą i hipnotyzerem jednocześnie. Oboje podczas pogawędki w klubie studenckim ,,Ryba" poznają niejaką Julie w której Tomaś się zakochuje. Jednak zbliżenie się do dziewczyny nie jest takie proste i może pociągnąć za sobą niezbyt pożądane dla bohatera konsekwencje. Tymczasem student Tomaś ma pewien kontrowersyjny koncept naukowy zmierzający do transpondencji swoich genów na myszy. 


Cała fabuła wydaje się niezwykle szalona i choć trąci humoreską, głównie za sprawą współlokatora z pokoju w akademiku - Capa, to jednak pozbawiona jest pewnej lekkości pozwalającej dać się porwać czytelniczej fascynacji. Wydaje mi się, że autorka zbyt serio podeszła do udowadniania swojej genetycznej hipotezy. Paranaukowe wywody wplecione w fabułę nużą i spowalniają tempo akcji. Chociaż to ,,drobiazg", to jednak trochę szkoda.

czwartek, 4 marca 2021


 






Andrij Lubka

KARBID


Jest taka kraina na zachodnio-południowym krańcu Ukrainy, która zwie się Zakarpacie. Niewielu światłych Europejczyków w ogóle zdaje sobie sprawę o jej istnieniu i nie zaprząta sobie umysłów myśleniem o niej. Tymczasem Zakarpatczycy są bardzo europejsko uświadomionymi obywatelami, gdyż jak sami przyznają leżą w samym środku kontynentu na styku czterech granic, kultur i systemów politycznych. Sprytni mieszkańcy pogranicza wykorzystują swoje położenie geograficzne i jak tylko umieją czerpią z tego zyski. Jedni żyją z przemytu inni zaś z jego tropienia i łapówek. Interes musi się wszystkim opłacać. Przemycać można wszystko: benzynę, wódkę, rowery, kiszoną kapustą, Pakistańczyków a nawet krew i organy do transplantacji. Trzeba tylko wiedzieć jak to robić. I tu w tej kombinatorskiej opowieści o przemytniczych inklinacjach Zakarpatczyków pojawia się nauczyciel historii z miasteczka Miedwiediów - Michajłyj Oleksijewicz, którego przezywano Karbidem. On sam zaś na wzór cesarza Tyberiusza i przygranicznej rzeki Tys (Cisy) nazywał siebie Tysem. Jest on ideowcem, któremu obce są przemytnicze interesy jego ziomków. Jego marzeniem jest przede wszystkim integracja Ukrainy z Unią Europejską. A ponieważ Unia nie kwapi się do poszerzenia swych granic na wschód, to Tys wymyślił, że Ukraina sama się z nią zintegruje. Do tego celu miałby służyć tunel, który z Miedwiedowia poprowadzi wszystkich Ukraińców na sąsiednie Węgry. Pomysł ten, ku jego zaskoczeniu znajduje wsparcie w gronie lokalnych przemytniczych bonzów, którzy szybko wprowadzają jego pomysł w czyn. Oczywiście budowlańcom prześwietlają zupełnie inne cele niż Tysowi. 

Książka Andrija Lubki ,,Karbid" ma swój podtytuł: ,,niewiarygodne tragikomiczne przygody pewnego szlachetnego człowieka i całej zgrai łajdaków, którzy szturmowali granicę wodą, niebem i lądem, aż doprowadzili bohatera do podziemnego królestwa cieni". To rzeczywiście szalona fabuła, która w zabawny i lekki sposób opowiada w nieco zakulisowy sposób o niełatwym życiu na ukraińskiej prowincji. Ukraiński sen o zachodniej Europie jest trochę pokrętny, bo z jednej strony każdy marzy o lepszym bycie, ale z drugiej, jak zauważa mer miasteczka, z czego by się wszyscy utrzymywali, gdyby nagle granica zniknęła? 
 Andrij Lubka z powodzeniem czerpie garściami i z prozy Jarosława Haśka, Josefa Škvoreckego, a w nawet wydaje mi się że i z Andrzeja Stasiuka. Dlatego jego opowieść ,,Karbid" wciąga od samego początku po ostatnie zdanie z posłowia. Tylko Mariczki mi szkoda... Bo czemu ona była winna...